czwartek, 8 października 2015

Step one

Kolejny dzień. Po co otwierałam te cholerne oczy? Dobra, może jak je zamknę to świat nie zauważy, że już się obudziłam? Nie. Nie ma szans. Gówniana podświadomość. Teraz muszę wstać. Dalej... Dawaj. Dasz rade, wierze w ciebie. Kilka ruchów. Nogi do góry i przesuń tyłkiem po łóżku. Stój! W drugą stronę. Tak, żebyś mogła wyjść idiotko. O tak. Idealnie. Podnieś się do pozycji siedzącej... No już. Pięknie. Teraz całą siłę, jeżeli w ogóle takową jeszcze posiadasz, skumuluj w nogach. No. Podnieś się. Wspaniale. Dziś wyszło ci to wyjątkowo dobrze. Okey, teraz oczy. Musisz je otworzyć. Tak, wiem światło wali po ryju, ale musisz. Możesz pomóc sobie rękami, ale wątpię, żebyś chciała je podnieść. No... Jedna powieka. Nie zamykaj! Druga powieka. Perfekcyjnie. Teraz marszem do łazienki. Stop. Ręka do góry i otwórz te jebane drzwi. W ogóle nie wiem po co kto wymyślił coś takiego jak drzwi. Komu to potrzebne? Bo mi w ogóle. Ale nie ważne... Dalsza część planu. Truchtaj pod prysznic. Zamknij go. Włącz przycisk i na razie masz wolne.
Wolne? Pff. Wolne. Jeżeli wolnym można by nazwać ciągłe użeranie się z własną sobą to ja dziękuje za takie coś. Nie narzekaj mogło być gorzej... Dobra nie mogło. Właśnie. Ja to kurde mam problemy. Całe moje życie to jeden wielki problem. Chociaż w sumie ja jak się urodziłam też byłam dla nich problemem. Chyba nadal jesteś. Pewnie tak, ale nie ważne. Zacznijmy od początku. Pierwszy problem jaki pojawił się w moim życiu na tym świecie to moje dotarcie do jajeczka. No kurde, jakiś kompletny nie fart. To nie mogło się stać. Po prostu nie mogło. To był przypadek. Po prostu gdzieś tam w jajowodzie czy gdziekolwiek jakiś inny plemnik mnie podmienił. Musiał mi nogę podstawić, a raczej ogonek, bo one chyba nóg nie mają. Jebany sku*wiel kurde... No, ale cóż już tu jestem tego nie zmienię. Na razie, co? Zastanowię się... Nie ważne.
Kolejny problem to wybór macicy, w której się znalazłam. Nie mogłam gorzej trafić. Jakaś zjebana szesnastolatka bez perspektyw. Chyba masz to po niej? Jesteście takie podobne. No ja na razie dzieciaka sobie nie sprawie, jeżeli w ogóle. To nie zależy od ciebie. Wydyma cię jakiś jak będziesz na dragach i tyle go widzieli. No chyba nie... Dobra, dobra ten cały Ernie też jest jakiś dziwny, radziłabym ci się lepiej mu przyjrzeć, a nie... Za mało się znacie. Raczej urządziłabym mu darmową kastrację niżeli on mi bachora. A wracając do mojej nosicielki macicznej to... Sorry, ale jednym słowem ku*wa z niej jest. Teraz też pewnie leży w pokoju, a ktoś na niej. Jebana... Nie umiała się ustawić to sypia z kim popadnie. Kasę zbiera, ale wszystko przewala na fajki i alko. Taka karma, nic nie poradzisz. Jej wybór, pewnie ma jakieś choróbska w sobie i na sobie i ogólnie wszędzie gdzie tam ją brali. Nie ważne... Zajmijmy się...
Dawcą mnie jako plemnika. Dawca plemnika. Zapewne od cholery przystojny, miał kasy jak lodu bo przecież moja nosicielka tylko takich lubowała, teraz wali co popadnie. Pewnie mój dawca miał żonę albo przynajmniej narzeczoną. Skąd to wiem? Bo ona lubiła starszych, wiecie miałam tylko takich wujków. Nie lubiła kolosalnie starszych, ale tak koło trzydziestki i mniej. Oni zdążyli poukładać sobie życie, a ona lubiła im to wszystko równo spie*dolić. Taka była, suka. To są oczywiście tylko moje przypuszczenia na temat dawcy, bo przecież go nie znałam. Nie wiem nawet czy ona go znała dobrze. Albo czy w ogóle. Wydymał nastolatkę i spierdolił do rodzinki. Życie.
W życiu późniejszym, w sensie teraźniejszym i przeszłym, miałam same problemy. W sumie już jak miałam trzy latka zrozumiałam, że życie nie będzie dla mnie łaskawe. Siedziałam sobie w piaskownicy, a tu przyszła jakaś o dwa lata starsza pinda i zabrała mi moje czerwone wiaderko. Byłam na nią wściekła, ale nie miałam nikogo komu mogłabym o tym powiedzieć, więc nic z tym nie zrobiłam. Pff, żałuje. Teraz z tą samą pindą muszę użerać się na mieście. Pewnie mnie nie pamięta, ale ja ją tak. Nie odpuszczę  jej za tamto i wszystko inne, ale nie ważne.
Jak już mówiłam całe moje życie to jeden wielki aż po samo niebo problem. W sumie to tylko z wyglądem nie miałam problemu. Urodę odziedziczyłam po nosicielce. Kasztanowe włosy, trochę piegów, małe uszy, zgrabny, zadarty nosek, wielkie bursztynowe oczy, długie nogi. Zgrabna jestem, bo ćwiczę z chłopakami. Oczywiście nie mam jakiś wielkich buł, ale siły trochę posiadam. Dzięki temu przynajmniej żadna lansiara mi nie podskoczy.
Stop, czas się skończył wychodź, bo mięśnie ci w końcu zdrętwieją. No przecież wychodzę. No, a teraz w reszcie możesz powrócić do swojego codziennego zajęcia, które tak bardzo uwielbiasz. Dokładniej mówiąc nic nie robienia. No, a żebyś wiedziała, że tak. Co innego mam robić? Skończyłam szkołę. Studia? Nie, nie planuje nic takiego. Kasy za mało i chęci trochę brak. Ale uczyłam się dobrze. Zawsze miałam wyróżnienie. Co z tego, że z zachowania gorzej? Ważne jest co innego... Dalszej nauki nie planuje, bo chce być wolna, a gdybym zaczęła chodzić na studia to byłabym do czegoś zobligowana. A ja już mam dość czegoś takiego. Chcę w końcu odpocząć, mi chyba też się należy, co?
Yhym, ale teraz zbieraj swoje zgrabne cztery litery z łóżka i wychodzimy. Niby gdzie? Ja nic takiego nie planowałam. Walkę mam dziś później trochę. Serio mam zgrabny tyłek? Wychodzimy na miasto, chyba nie masz zamiaru siedzieć ze swoją nosicielką i jej nowym gachem tutaj, co? Oczywiście, że masz zgrabny, ale tylko dzięki mnie, sama byś sobie nie poradziła. W sumie tutaj jest gorzej niż na mieście, a jeszcze muszę się spotkać z Ernie'm. Twoja zasługa? Jak będę chciała to się ciebie pozbędę. Tak? To chyba jesteś mało poinformowana. Tylko spróbuj, sama się wykończysz. Dobra, stul pysk. Prawda boli co?
Wyszłam z pokoju. Drzwi nosicielki są zamknięte. Niby nic nie słychać, ale kto ją tam wie. W to, że nikogo do siebie nie przyjęła nie uwierzę. Czuła by się wtedy zbyt osamotniona, tak mi kiedyś powiedziała. Miałam chyba dziesięć lat, była ostro zjarana, jakiś gość dymał ją w jej pokoju i nie zamknął drzwi. Wróciłam do domu ze szkoły i zobaczyłam taki widok. Chciało mi się wymiotować, a kiedy nosicielka się ogarnęła, że wróciłam powiedziała mu coś na ucho. Wtedy niechętnie się od niej odsunął, bądź odkleił, to słowo bardziej pasuje do tamtego widoku. Owinęła się czymkolwiek co miała pod ręką i wyszła z pokoju, ja już usadowiłam się w kuchni. Miałam do niej wyrzuty sumienia, bo jeszcze mało rozumiałam. Zapytałam wtedy "Dlaczego każdy cię pieprzy?!", krzyknęłam to dość głośno. Jak na dziesięciolatkę miałam dość wulgarne słownictwo, ale czego można było się spodziewać? Patologiczna rodzina. Wtedy spojrzała na mnie jakoś inaczej. Nie, nie z miłością. Raczej z czymś na wzór rozbawienia pomieszanego z małą dawką współczucia. Uderzyła mnie w twarz. Wtedy po raz pierwszy, ale nie płakałam. Nie chciałam, żeby wiedziała jak mnie to boli. Uśmiechnęła się smutno i powiedziała "Nie chce czuć się osamotniona". Wzięła leżący nieopodal kubek z kawą i upiła dwa łyki. Westchnęła tylko i wróciła do nowego wujka.
Przeszłam przez korytarzyk w stronę kuchni, ale nadal nic nie było słychać. Może po prostu zabrał ją do siebie? Phyh, wątpię. Nie chciał wypędzać rodziny na jedną noc, po co mu to. Pewnym krokiem weszłam do kuchni wiążąc sobie warkocz po lewej stronie. Niestety spotkałam tam niechcianego gościa. Dlaczego jest tak cicho? Bo przecież dymać jej przez ścianę nie może. Podeszłam do blatu i nalałam sobie wody z kranu do szklanki. Cały czas bacznie mi się przyglądał.
Ten był młodszy niż jego poprzednicy. Czyżby nosicielka zmieniła upodobania? Nie ważne. Miał ostre rysy twarzy i był wysoki. Jego włosy były w kompletnym nie ładzie, w kolorze kory dębu. Cerę miał oliwkową, coś w stylu hiszpańskim czy cokolwiek. Jego oczy przeszywały mnie wzrokiem. Były czarne. Kompletnie czarne.
- Caleb - przedstawił się wyciągając w moją stronę rękę. I co on sobie myśli? Że ją przyjmę? Niech spada. Pewnie woli młodsze. Walić to, chyba wystarczy mu moja nosicielka co? A tak po jego twarzy można od razu stwierdzić, że on woli każde. Widać to w jego mocno zarysowanej szczęce i tych oczach. Dziwnych oczach. Dokładnie.
Jak na mnie przystało nawet na niego nie spoglądając odstawiłam szklankę i wyszłam z domu po drodze zabierając swoje niebieskie rolki. Cóż to była moja codzienność. Jeżeli miałabym każdemu nowemu wujkowi się przedstawiać i go poznawać to już dawno byłabym taka sama jak moja nosicielka. A ja tego nie chce. Chyba mam jakieś perspektywy. Chyba raczej nie. Zamknij się. Mam perspektywy na pewno większe niż nosicielka. Na moje dalsze życie planuje... No właśnie co? Planujesz jak dotychczas szlajać się z chłopakami? Patrząc na twoje poczynania szybko nie znajdziesz sobie męża o ile w ogóle go będziesz miała. Oczywiście przedstawiam tu wersję, w której nie wykończyłaś się życiowo i żyjesz. Bo jest możliwość, że nawet nie dożyjesz trzydziestki... Po pierwsze: po co mi mąż? Sama sobie świetnie radzę, a facet to tylko problem. Problem? Tak, bo aby się bym musiała martwić czy mnie nie zdradza i czy żadnego choróbska nie ma. Nie ważne. A po drugie: skąd przypuszczenie, że się wykończę? Skąd? Ha! Dobre pytanie. Widzisz w ogóle jak ty żyjesz? Jesz tylko to co nie zdrowe, palisz papierosy... Już nie pale! ...no i kręcisz się z złym towarzystwie. Złym towarzystwie, co masz na myśli? Dokładnie wiesz co. Yh, ty znowu swoje.
Dobra, mój cel na dziś to Ernie. Miałam mu kasę pożyczyć na paliwo, w sumie wozi mnie to też mu się należy. Nie będę darmozjadem. I tak by ci pozwolił, nadal chce cię przelecieć. Weź się ogarnij, przecież wiesz, że to tylko kumpel. Ale to nie zmienia faktu, że nadal leci na twój tyłek. Ale ja na jego nie. I myślisz, że to coś zmienia? Ile ty go znasz? Trzy? Cztery miesiące? Nie wiesz co mu z czasem odbije. Znam go już pół roku dla ścisłości i wiem, że mu nic nie odbije. I to mówisz po półrocznej znajomości. Szacun, po prostu szacun. Jeju, jak coś to sobie poradzę jakoś. Jeżeli myślisz, że twój dobrze wyćwiczony prawy sierpowy wygra z jego środkowym stojącym to, żebyś się nie przeliczyła.
Dom Ernie'go to istny chaos. Mieszkanie z zewnątrz wygląda niczego sobie, ale w środku? Syf i depresja. Co się dziwić, jesteś sama, a on ma piątkę rodzeństwa. Racja. Nie wiem jak on tam wytrzymuje, piątkę rodzeństwa? Aktualnie siódemkę, ale dwoje starszych się wyprowadziło. Tonny został dilerem, a Ami pracuje w banku. Jako jedyna wyszła na ludzi z bliskiego mi otoczenia. Dlatego też jej nie lubię, ani ona mnie. Niby ledwo się znamy, ale jak tylko spojrzałam w jej oczy widziałam tam panującą pogardę wobec mojej osoby. Odpłaciłam się tym samym.
Tonny jest całkiem spoko, poznałam go zanim poznałam Ernie'go. Ma dziewczynę Lenę. Jak dla mnie to zupełnie do siebie nie pasują. Ona jest dobrze wykształcona, poznałyśmy się na olimpiadzie z czegoś tam i to wtedy poznałam Tony'ego. Na pierwszy raz chciał mi wcisnąć kilka działek, ale odmówiłam. Lena patrzyła. A później już nie proponował, a ja nie wspomniałam. Raz spotkałam się z Leną zupełnie przypadkiem na mieście, gadało nam się dobrze, więc szłyśmy razem na spotkanie Leny. Tonny też nie był sam. To właśnie wtedy poznałam Ernie'go.
Ernie to dziwny facet. Bardzo dziwny. Przez długi okres czasu próbował mnie poderwać, zresztą on podrywa wszystkie laski. Brałby wszystko co się rusza. Oczywiście z wzajemną fascynacją. Niczego mu nie brakuje i ma każdą, którą by tylko sobie zażyczył, oprócz mnie... Już za długo się znamy. Długo? Weź mnie nie rozśmieszaj. Jest strasznie zboczony, w sumie jak każdy facet, co chwila jakieś głupie aluzje i w ogóle. Ktoś tu mnie chyba ignoruje. Ale właśnie to w nim lubię, jest śmieszny i na luzie, ja nie jestem obarczana jego problemami ani na odwrót. Pff. Na długą metę tak nie pociągniesz. Nie jesteśmy zobligowani czymś takim jak przyjaźń czy cokolwiek dlatego jest dobrze. No tak najlepiej w ogóle się nie wiązać. Przyjaźń czy jakieś inne głębsze uczucia to tylko problem. Jesteśmy wtedy zobligowani do dawania pomocy, a także jej przyjmowania. Kiedy znowu nie pomożemy ktoś ma do nas o to pretensje. A my mamy wyrzuty sumienia. I czego tu nie rozumiesz? To przecież bez sensu. Chyba lepiej olać parę rzeczy. Może lepiej (ironia). Ty puknij się w czaszkę trochę.
- Siema - powiedział na przywitanie i cmoknął mnie w policzek. Kurde, znów mu się udało. Jakoś specjalnie się nie broniłaś. Wziął mnie z zaskoczenia. Żeby tylko tak cię brał z zaskoczenia. A jak inaczej? Już ty dobrze wiesz jak.
- Cześć - odpowiedziałam zdawkowo uśmiechając się blado - Masz, więcej nie mogę ci dać - podałam mu cztery stówki. Trochę dużo jak na ciebie. Nie ważne, ważne, że jest.
- No dzięki, dzięki - uśmiechnął się w swój ulubiony figlarny sposób i otworzył mi drzwi do samochodu - David robi imprezę zamkniętą, zamierzasz iść? - wsiadł za kółko, a ja już zdążyłam zdjąć jedną z moich rolek.
- Może - westchnęłam i zdjęłam drugą rolkę. Może? Chyba już ci do reszty odbiło. Pamiętasz jak było ostatnim razem? Spokojnie, tak już nie będzie. Na pewno? Znów będzie musiał cię odwozić jak będziesz na bani? Ale się mu nie dałam. Tylko dzięki mnie. Sama też byłaś schlana. Jeszcze jedno słowo...
- Czyli tak? - uśmiechnął się zawadiacko odpalając samochód - Bo wiesz, jesteś mi coś winna - poruszył sugestywnie brwiami co jak zwykle doprowadziło mnie do śmiechu.
- Może - powtórzyłam dobitniej uśmiechając się szeroko. Jesteś mu coś winna? Co za tekst w ogóle? Czy on siebie słyszy? Może ma coś ze słuchem, że nie wie co mówi? Przestań. To powiedz mi co niby jesteś mu winna, huh? Może, to że mnie codziennie gdzieś wozi? Pff, a ty mu za to płacisz. Czy ty naprawdę tak bardzo chcesz mu dać dupy? Wal się.
- No nie bądź taka - szturchnął mnie w bok uśmiechając się jeszcze szerzej – Obiecuje, że nic się nie stanie na tej imprezie między nami – podniósł rękę przykładając ją sobie do serca i udając powagę – No chyba, że ty będziesz tego chciała – mruknął do mojego ucha. Jedyne czego mogła by chcieć to kopnąć cię w tyłek. Co ty taka drażliwa jesteś dziś? Ding, ding, ding! Nie lubię tego gościa, bo zawsze patrzy się na nasz tyłek! Zobaczysz źle wyjdziesz na tej znajomości. A może jednak nie? Może, pff.
- No wiesz, że tak czy siak bym pojechała – uśmiechnęłam się szyderczo – Ale wcale nie mówię, że dla ciebie.
- Jesteś wredna – westchnął tylko w moją stronę po czym wziął głęboki wdech i zaczął – Oraz podła, zła, nie dobra, zuchwała, pastwiąca się nad moim losem, okropna, nie fajna i bleeee – dodał z naburmuszoną miną.
- No wiem, wiem – odpowiedziałam lekko. Przestań, bo chyba zaraz rzygnę tutaj i to za pomocą twojego otworu gębowego! Oczywiście prosto na tego palanta. Spokój. Masz okres czy co? Serio, przesadzasz. Taka moja rola.
- Masz dziś walkę? - zapytał już zupełnie poważnie. Tak, tak. Przecież widać, że chce żebyś miała... znów postawi na ciebie masę kasy i zbije fortunę. Wiesz, że jesteś jego maszynką do pieniędzy? Wiem. I? I "i" co? To, że ty dostajesz znikomą cześć kasy i jeszcze później płacisz za jazdę. Taka była umowa. Jak dla mnie pasuje. A jak dla mnie nie. Dostajesz za mało. Będę dostawać więcej... Już nie długo.
- Uh-huh - mruknęłam. Coś planujesz? Dlaczego o tym nie wiem? Mów co planujesz! Zmienić bastion. Co? Przecież Henry... Henry się zgodził. Dla niego też zarabiałam. Wiem, że to poważny krok, ale czuje, że będzie lepiej. Będę dostawała więcej kasy i więcej ludzi mnie zauważy. Może coś tym osiągnę? Dobra a o czym myślisz? Wybór jest trudny, ale... ale jestem prawie pewna, że pójdę do QuietStorm. Co?! Ty w ogóle myślisz? Przecież tam... Wiem! Wiem, wiem. Ale czuje, że to dobra decyzja.
- O której? - spytał skręcając w prawo. TY czujesz?! Prosze cię! Przecież teraz miałaś całkiem trudne walki. Ale to nic nie zmienia, tutaj jeszcze nigdy porządnie nie dostałam, moja twarz jest na właściwym miejscu. Ah-ah, czyli chcesz po prostu dostać porządnie w ryj, tak, żeby ludzi na ulicy cie nie poznawali? Mam na to radę... Walnij głową w mur tak, żeby ci ten głupi pomysł wyleciał stamtąd raz na zawsze! Och... To nie tak.
- Za - spojrzałam na mój zegarek - 15 minut - odpowiedziałam z uśmiechem. Chodziło mi raczej o to, że skoro tutaj dobrze mi szło, a nawet za dobrze... No najlepiej mi tutaj szło, co oznacza, że się tu marnuję. Powinnam wrzucić na wyższy bieg, rozumiesz? No, ale żeby od razu QS? Nie przeginasz? Nie. Ale obiecuje, że jeżeli przegram pierwszą walkę to skończę z tym raz na zawsze. Na zawsze? Tak. Okey, ale pierwszą walkę z... O niczym innym nie myślałam. Okey.
- Co? Przecież musisz się rozgrzać... Nie zdążysz - spojrzał na mnie z bladym, wręcz ledwo widocznym uśmiechem. Zamierzasz mu powiedzieć? Dziś odchodzę. Co? I masz walkę? Tak, pożegnalną.
- Zdążę, opuszczam bastion - powiedziałam ze smutkiem.
- Co?! - wykrzyknął ledwo panując nad tym, żeby nie puścić kierownicy i nie udusić mnie tutaj. Co dochody się skończą?
- Tak.
- Gdzie? - zapytał siląc się na spokój.
- Bastion QS - uśmiechnęłam się do siebie w lusterku. Już wyobrażałam sobie siebie na deskach tego bastionu. Tak, leżącą na brzuchu i powoli się wykrwawiającą.
- Co?! - krzyknął jeszcze głośniej niż poprzednio - Przecież to nie twój kaliber! Oni cię tam zmiażdżą! Zdajesz sobie sprawę, że tam będziesz walczyć ze wszystkimi? I to nie wiesz czy będzie twoja waga! Nie wiesz nawet czy twoja płeć! - zatrzymał się. W sumie lepiej, jeszcze byście kogoś potrącili.
- W Courtyard też walczyłam z różnymi wagowo dziewczynami! - próbowałam się uspokoić, ale to było niemożliwe, nie teraz. Bo jesteś głupia, ten idiota w końcu mówi coś sensownego a ty go nie słuchasz.
- Właśnie! Z dziewczynami! Nigdy nie walczyłaś tak na poważnie z mężczyznami!
- Co to za różnica?!
- Taka, że tam walczą losowo! Co jeżeli wylosujesz jakiegoś obleśnego spaślaka?! I co jak przygniecie cię swoim sadłem?! Przegrasz! - cały czas krzyczał na mnie żywo gestykulując rękami.
- Nie, nie przegram - wywarczałam wręcz - Dam radę!
- A jak nie?
- Nie wierzysz we mnie? - spojrzałam na niego. Spojrzałam w jego oczy. Nie wierzy. Proszę cie, to ja już mimo wszystko w ciebie wierzę. 
- To nie tak, ja... - wzięłam swoje rolki i wyszłam z samochodu. Po chwili usłyszałam otwierające się drzwi od strony kierowcy, ja w tym czasie zaczęłam już zakładać drugą rolkę. Podszedł do mnie na kilka kroków - Chodzi o to, że się o ciebie martwię - wyciągnęłam w jego kierunku dłoń, pomógł mi wstać.
- Dzięki za troskę - rzuciłam na pożegnanie i ruszyłam na swoich błękitnych rolkach przed siebie.
- Sya! - zawołał za mną, ale nie zwróciłam na niego większej uwagi.
Ah, no tak zapomniałam się przedstawić. Jestem Casya Wildcase, najbardziej popieprzona osoba jaką znam.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział pierwszy, opóźniony. Miał być wczoraj, ale nie zdążyłam wstawić. Dziękuję za przeczytanie tegoż rozdziału i proszę opinię.

Wounded.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz