poniedziałek, 9 listopada 2015

Step two. When we say yes.

Rozdział Dedykowany Mojej Kochanej
Pół-Czarownicy Kiszce :*




Dobrze zrobiłaś, tylko jak że cie znam to pogodzisz się z nim tak czy siak. Nie, już chyba nie. Zawsze tak mówisz. Ale nie zawsze dowiaduję się, że ktoś mimo tego, że jestem niezła i staram się jak mogę to i tak we mnie nie wierzy! Ty się na prawdę na niego wkurwiłaś. W sensie pierwszy raz tak na poważnie. A co nie mogę? Możesz, możesz, ale... To na prawdę tak bardzo cię zabolało? Tak. Kurde, myślałam, że we mnie wierzy i zachęca mnie do udziału w tym wszystkim, bo widzi we mnie potencjał, wiesz jak mi wjechał na ambicję teraz? Wiem, bo mi też. Ale spokojnie, pokażemy mu kto jest najlepszy. Masz rację. Nie przegram, będę wygrywać zawsze.
Ale ty weź się pospiesz, bo w końcu nie zdążysz. Zdążę, zdążę. Czekają tylko na mnie. Yhy, tak, tak, a jak przyjdzie co do czego to ty ani nie rozgrzana ani nic. Przecież się właśnie rozgrzewam. Wiesz ile wysiłku wkładam w całe to jeżdżenie? Nie mędrkuj mi tutaj tylko jedź szybciej. Jadę najszybciej jak mogę. O! Widać już bastion! Wspaniale, jesteś geniuszem. Yyy, o co ci znów chodzi? Jesteśmy bardzo blisko. No i chyba o to chodziło? I ty śmiałaś się na początku nazwać mądrą? Mów jaśniej! No mam na myśli to... Coś dalej będzie? Że nie wyhamujesz! Wtedy może jeszcze, ale teraz to już po ptokach. Ugh! Mogłaś wcześniej, ale spokojnie wjadę po tej dróżce dla wózków inwalidzkich. Swoją drogą to ja nie wiem po co w takim miejscu ten wjazd. Hmm, pomyślmy... Może po to, że jak teraz połamiesz sobie wszystkie kończyny to będziesz mogła to miejsce odwiedzać? Wjeżdżaj! Pięknie. No przecież wiem.
Szybkim tempem, "przebijając" się przez obrotowe drzwi, wjechałam do budynku. Już od samego wejścia czuć było ten charakterystyczny zapach mieszaniny potu, papierosów, ale tylko typu L&M oraz mocnej whisky. Mój ulubiony zapach oprócz spalin i ogólnego rodzaju dymu. Doprawdy wyszukane powonienia. Masz coś do tego? Wiesz, no każda dziewczyna kocha zapach fiołków, konwalii czy chociażby bzu, a ty mi wyjeżdżasz z potem i papierosami, ale tylko typu L&M... Tylko że ja nie jestem dziewczyną. Tak? A pod prysznicem wyglądasz całkiem podobnie. Ja jestem wojowniczką. O ho, ho! To żeś powiedziała. No co? Taka prawda przecież.
Po drodze zdjęłam swoje rolki i zostawiłam je pod ławką obok schodów. Skierowałam swoje kroki na dół do siedziby diabłów. Pięknie powiedziane. Idąc korytarzem uśmiechałam się szeroko. Szeroko? To mało powiedziane, jakby tutaj były okna to już dawno byś je wybiła tym swoim bananem na ustach. Bez przesady, ale rzeczywiście się cieszyłam. To koniec jednego bastionu a początek drugiego. Uhym, a walka? Jak źle pójdzie to zawalisz do końca swoje wielkie pożegnanie. Po pierwsze to ja nigdy nie przegrałam, a po drugie to nie ma żadnej walki. Co?! Jak to nie ma? No nie ma, dziś oficjalnie się przenoszę. Henrry oddaje swój brylant w inne ręce. Raczej ten "brylant" sam odchodzi. Co to za różnica? Mniejsza... Pójdę, powiem że tutaj się wychowałam, że Henrry jest dla mnie jak ojciec, którego nigdy nie miałam i że będzie mi ich brakować. Tyle, po sprawie. Taak... Masz to dokładnie naszkicowane, co? Tak czy siak idę na żywioł, więc kilka zdań skleić można.
Wchodzę do sali, cała jest wypełniona ludźmi, ale tylko tymi najbliższymi. Najbliższymi? Niby komu? Najbliższymi Henrry'emu, przecież nie codziennie się zdarza, że ktoś stąd odchodzi. Raczej nie codziennie się zdarza, żeby ktokolwiek się czegoś tu nauczył. Ta, ja się nauczyłam sama. Sama? Sama to już dawno poszłabyś na dno. No dobra, może Henrry mi trochę pomógł. Trochę...
- Witaj, Casy - mój trener uśmiecha się do mnie. I tak w jego oczach widać, że najchętniej by się tu rozbeczał. Uh, tak. Trochę mnie polubił. Traktował cię jak córkę. A teraz odchodzę, ale mam nadzieje, że będzie mnie tam czasem odwiedzał. Czyżby ktoś tu się do kogoś przywiązał? Nie, raczej chodzi o to, żeby wiedział, że jestem najlepsza. Jeżeli będziesz najlepsza.
- Cześć - będę najlepsza, o to się nie martw.
Wszyscy w sali patrzą na mnie i na Henrry'ego, jest mi to obojętne, ale jednak mimo wszystko wolałabym, żeby zajęli się sobą. Przyszli tu dla ciebie idiotko. Wiem, ale to ich szeptanie i udawanie, że się nic nie słyszy jest wielce irytujące. Wytrzymaj tylko te pół godziny. Yhym, przecież się staram.
Henrry wyciąga do mnie rękę, próbuje się uśmiechnąć najładniej jak potrafię...ale ci to nie wychodzi... i podaje mu swoją rękę. Chwilę ściskamy swoje ręce i Henrry odwraca się ode mnie. Sięga po coś co leży na stoliku, okazuje się, że to rękawice. Twoje pierwsze. Wtedy jeszcze nic nie umiałam. Byłaś mała, ale petycji w łapce ci nie brakowało. Bynajmniej jak na twój wiek. Wiem. Podaje mi je i uśmiecha się, próbuje powstrzymać łzy, a ja odbieram je od niego.
- Twoje pierwsze - szepcze ledwo dosłyszalnie. Cały czas patrzę na moje rękawice. Nie spodziewałam się, że nadal je trzyma - Nie zapominaj o nas, o twojej rodzinie - ledwo powstrzymuję się od głośnego prychnięcia. Lubie Henrry'ego i to bardzo, ale nie lubię słowa "rodzina", jest takie... fałszywe. Dlatego też nie chcę go używać w stosunku do tego człowieka. Mojego trenera. Mojego byłego trenera.
Po około piętnastu minutach podsumowania mojej pracy tutaj i wszystkich - oczywiście wygranych - walk nadszedł czas na pożegnanie. Z każdym z osobna.
Najpierw podchodzi do mnie Amiria. Jest ona małą, szczupłą brunetką. Jest też jasna. Wygląda niewinnie i taka też jest. Kiedy z kimś walczy zawsze ma uśmiech na twarzy, co często doprowadza jej przeciwników do szału. Oczywiście ona nie robi tego specjalnie, ona po prostu taka jest. Niestety w boksie nie jest najlepsza, nie może skupić się na jednym. To, że ma dobry cios nie znaczy, że to wszystko załatwi. Ale ona się nie poddaje, nadal ćwiczy.
- Powodzenia, Sya - uśmiecha się i mocno mnie przytula. Za to jej nienawidzę. Szczerze? Ja też.
Kolejne są Balina, Sersia, Milinda i Verma. Co jedna to głupsza. Są ciemne. Zawsze trzymają się razem i jeszcze nigdy nie walczyły przeciw sobie. Na czym polega ich głupota? Hmm, zacznijmy od tego, że na... Wszystkim. Są puste, mają słaby cios i też się na niczym nie skupiają. Jedyny powód dla którego Henrry jeszcze je tutaj trzyma to dobra praca nóg i to, że mu płacą. Jakoś musi się trzymać.
- Szczęścia życzę - mówi Balina.
- Powodzenia - szczebiocze z szerokim uśmiechem Sersia.
- Czekaj tam na nas - uśmiecha się Milinda. Pff, chyba prędzej przegram z wami walkę niż wy tam dołączycie. Właśnie, tam trafiają tylko osoby z klasą... I Casya.
- Szczęścia - mruczy Verma i we cztery odchodzą.
Po kilkunastu osobach podchodzi ona. Na mojej twarzy pojawia się ironiczny uśmiech. Bardzo ironiczny uśmiech. Podchodzi i tylko patrzy, ja też patrzę i tylko tak stoimy. Nie chcę od niej żadnych pożegnań czy czegokolwiek, chce jej tylko uświadomić, że jest gorsza. A kto? Namisa. Suka. Na pewno nie jest jasna, nie jest też ciemna, jest... czarna. Nie mówię tu tylko o jej umysłowości czy zachowaniu. Ona jest czarna we wszystkim. Czarne bardzo kręcone i bardzo długie włosy, czarne oczy, ciemna skóra, cała chodzi na czarno. Ale to tylko pozory. Ona jest słaba. Nie radzi sobie ze sobą i próbuje przez boks pokazać siebie. Zawsze mnie próbowała dogonić, ale nigdy nie będzie tak dobra jak ja. A dlaczego? A dlatego, że boks to jest całe moje życie, a dla niej boks to kuracja na jej złamany umysł.
Podaje mi rękę. Mój uśmiech poszerza się jeszcze bardziej. Przyciąga mnie do siebie, żebym tylko ja mogła ją usłyszeć.
- Nie zdziw się jak za kilka miesięcy dołączę do waszego grona - uśmiecha się podle.
- Kilka miesięcy? Hmm, to dużo, ale dla ciebie i tak za mało - puszczam jej rękę - Możesz sobie marzyć o nowym świecie, ale nigdy nie będziesz tak dobra, żeby tam dołączyć.
- Zobaczymy co powiesz jak jednak się tam spotkamy.
- Pewnie nic, bo ten dzień nigdy nie nastąpi.
Odsuwam się na bezpieczną odległość, z której już nie będzie mogła opluć mnie swoim jadem. Cała sala już jest pusta. Tylko ja stoję przy stoliku i trzymam swoje rękawice. Już mam wychodzić kiedy słyszę jak ktoś wchodzi do pomieszczenia. Nie odwracam się, przecież dobrze wiem kto to.
- To smutny dzień - mówi w końcu i siada na grzejniku opierając się o ścianę - Jak przyszłaś tu pierwszy raz to chciało mi się śmiać - szepcze, uśmiecham się do siebie i odwracam w jego stronę siadając na stoliku - Ale ty zaczęłaś na mnie krzyczeć, rozumiesz? - spogląda mi w oczy, takie znane - O takie małe - pokazuje ręką wysokość grzejnika - gówno zaczęło na mnie krzyczeć - śmieje się - Kazałaś mi się przeprosić - drwi - Miałaś taki podły charakter, taki pewny siebie, nadal go masz - smuci się - Byłaś dla mnie jak córka. Od samego początku do końca.
- Koniec jeszcze nie nastał - szepczę patrząc na deski w podłodze. No tak, nie umiesz mu spojrzeć w oczy, co? Przestań.
- Jest - odpowiada - Odchodzisz tam gdzie będzie ci lepiej - wstaje i podchodzi trochę do mnie, ja też wstaję - Chcę tylko, żebyś zawsze pamiętała kto cię uczył - szepcze patrząc mi prosto w oczy - I żebyś zawsze trzymała gardę - uśmiecha się blado i odwraca w stronę drzwi. Kiedy ma już je otwierać zatrzymuje się na chwilę. Nadal odwrócony do mnie tyłem mówi - Żeby stać się dobrym nie trzeba się takim urodzić, trzeba kogoś takiego spotkać.
I odchodzi.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Rozdział jest krótszy niż poprzedni, ale cóż... Życie. Zapraszam do komentowania!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz